sobota, 28 marca 2015

Nie zadzieraj z dostawcą

Tak, długo mnie tu nie było.
Jakkolwiek to wstyd, hańba, spuszczam głowę, obiecuję poprawę, trzy zdrowaśki (nie, nie do pieca na trzy zdrowaśki, błagam!)
No więc dużo, dużo zmian, ale poza tym ta sama, szara rzeczywistość.
Ja, Dolfinsky, Norbinsky, przeprowadziliśmy się do dosyć zacnej (no dobra, zajebistej) dzielnicy Budapesztu (może sam dystrykt nie jest zbyt cudowny, ale mieszkając na najsłynniejszej restauracyjnej ulicy Budapesztu mogę powiedzieć, że jestem szczęściarą).
Mieszkamy sobie tutaj, a w chwili obecnej to się kurujemy (ja jestem na zwolnieniu lekarskim przez zatoki, Norbika - pęknięte żebro), tylko Dolfik jeszcze funkcjonuje jakoś, ale kot ma zawsze szczęście.
Brazylijski Jiu-Jitsu bez zmian, wciaż z nadzieją, że pewnego dnia podbijemy świat. Poza tym gdzieś w moim mózgu przewija się motyw rozpoczęcia czegoś nowego, ale to jeszcze w planach, więc zapeszać nie chcę, jeśli się uda, na pewno się pochwalę (chociaż zapewne moja rodzina tak mnie nie pochwali).
Jednakże wciąż przygód nie brakuje. Jak na 10 miesięcy tutaj mogłoby się wydawać, że wyczerpałam limit, ale najwyraźniej nie "żyli długo i było im zielono", tylko Węgrystan daje się we znaki.
Pomijając już fakt tych, którzy jakimś cudem nie znają podstawowych angielskich słów, ale są tez tacy, który do końca trzymają Cię w przekonaniu, że ABSOLUTNIE Cię rozumieją.
Tak więc miałam niezwykłą okazję spotkać się z takowym panem w czwartek.
Zamówiłam pizzę na netpincer.com (kierowałam się jak zwykle czynnikami wieloma, czyli, nowe miejsce, dobra cena i CZAS oczekiwania).
Mija godzina, pizzy nie ma (oczywiście to nic niezwykłego, tutaj czas oczekiwania dochodzi do 90 minut), więc wykonuję kontrolny telefon. Pan przeprasza, mówi, że mają mnóstwo zamówień. Jeszcze 10 minut. Piętnaście minut cierpliwie czekam. Kolejny telefon (łeb mi pęka, jako że prawie nic nie jadłam) i ten sam, przeuroczy pan mówi, że jeszcze 10 minut. Serio? Piętnaście minut temu to samo mówił (czego nie omieszkałam mu wytknąć). Przeprasza, kaja się, na pewno będzie.
Po 20 minutach już ostro wkurzona kolejny raz napieprzam, Pan zadzwonił do kolegi, pięć minut, no i faktycznie delivery guy się zjawia. Z ledwo ciepłą pizzą. Krzyczę na tego biednego kierowcę, który slowa po angielsku nem, i ten mi zaczyna rysować paluchem jakies cyfry (????????). W końcu zostawia mi pieniądze i zabiera pizzę.
Minutę później przychodzi świadomość, że ja NIE CHCĘ tych pieniędzy, tylko JEŚĆ (tak, pierwotny instynkt) i dzwonię, grzecznie przedstawiam całą sytuację, proszę o przeproszenie kierowcy i proszę o przywiezienie tej pizzy, nawet tej zimnej.
Miły pan także przeprasza, mówi, że dostanę nową, z naleśnikami od firmy.
(W międzyczasie otrzymałam SMS, że obiecują mi pizzę gratis za to wszystko).
No i czekam. Jako, że czas oczekiwania na zamówienie w międzyczasie przekroczył już trzy godziny, nieśmiało wykonuję kolejny telefon (wiedząc, że to będzie najprawdopodobniej najdroższa pizza w mojej karierze). Mniej uprzejma Pani informuje mnie, że tak, zaraz będzie, 10 minut..... Pominę całe poematy, które miałam ochotę wygłosić w jej kierunku, ale osobista kultura (resztki, których nie pokrył głód) mnie powstrzymała. No to czekam.
Słyszę pukanie, biegnę jak debil do drzwi, otwieram rozpromieniona...
Kierowca wręcza mi małe styropianowe pudełko, mówi "sorry" i odchodzi.
Patrzę, nie wiedząc, czy mam się śmiać, czy płakać... Tak. Firma przysłała mi naleśniki. TYLKO naleśniki. Po mojej pizzy śladu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za SPAM dziękujemy.
Krytykę konstruktywną bardzo chętnie przyjmiemy (czytaj: foch i tupanie nogami), jeszcze chętniej miłe słowa.
A nalepiej kwiaty i czekoladki.