Jasne, dużo płaczu, dużo złości, dużo rozdrapywania starych ran. I po co? Życie się powoli układa. Kredyty z czasem się skończą, wkrótce znowu będzie ciepło, jestem pierwszy raz od roku w normalnej relacji, gdzie nikt się mnie nie wstydzi, nie udaje, że jestem znajomą, słyszę, że jestem piękna. Trenuję, pracuję, śmigam na rowerze, opiekuję się kotem (nawet za często daję się mu sterroryzować, ale to taki słodziak). Słowem. Czego mi brakuje?
I tak. Narzekam ciągle, chcę się zawinąć, ale jak to tak teraz? Nie, nie ma opcji. Tutaj mam wszystko, czego mi potrzeba. Dach nad głową, całkiem niezłe jedzenie (tak, jeszcze umiem gotować ;)), partnera, który z każdym dniem sprawia, że nawet ja zaczynam czuć się ładna... Monikę, która milion razy dziennie sprowadza mnie do poziomu (drugi milion jest mój, kiedy trzeba ją ogarnąć). I wcale nie imprezuję tak bardzo, wcale nie szaleję. Wręcz przeciwnie, Węgry dla mnie to nauka dyscypliny. Podążanie za swoimi celami. Niepoddawanie się, kiedy coś stanie na drodze. Wstawanie rano. Chodzenie wcześniej spać. Zwlekanie się z łóżka nawet wtedy, kiedy świat śmieje Ci się w twarz.
Po prostu pokaż mu język i zrób głupią minę. I do przodu.
Na kolejne pół roku musi wystarczyć. Bo kto, jak nie ja? :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za SPAM dziękujemy.
Krytykę konstruktywną bardzo chętnie przyjmiemy (czytaj: foch i tupanie nogami), jeszcze chętniej miłe słowa.
A nalepiej kwiaty i czekoladki.