Dziś poszłam na kontrolę do szpitala. Jest to przyjemność, którą śmiało można postawić w jednym rzędzie z depilacją bikini przy użyciu kosiarki, albo lewatywą przy użyciu rury od odkurzacza. Wszyscy uprzejmi, mili, uśmiechnięci mówią Ci w dziwnym języku, że zasadniczo mają w dupie to , czy boli Cię tylko palec, czy właśnie umierasz na zawał, ponieważ lekarz dyżurny, który powinien zacząć o ósmej, postanowił przedłużyć sobie poranną kawę. (Tak naprawdę nie wiem, co mówią, bo prawie nikt nie potrafi porozumiewać się po angielsku, jedyną informację jaką uzyskałam to wzruszenie ramion w odpowiedzi na moje zapytanie, gdzie można otrzymać papier toaletowy (czy wspominałam już, że oczywiście mam STRASZNE zapalenie zatok?), bo przecież pani w rejestracji go nie ma).
Dwie i pół godziny później dowiedziałam się, że mój podobno złamany palec wcale złamany nie jest, ale trenować mi nie wolno. W końcu nie wiem, komu wierzyć, ale biorąc pod uwagę fakt niemożności zginania, ból jak sam &&*^**))(*+@_# oraz opuchliznę pozostawię bez komentarza (chyba, że jestem tak niesamowita, że kawałek sam wskoczył mi na miejsce, zrósł się i przeprosił).
Pozostała reszta dnia także obfitowała w równie interesujące wydarzenia. Na przykład, wykorzystując fakt, iż ktoś nierozważnie zostawił piłkę do csocso (piłkarzyków - oczywiste, nie?) schowałyśmy ją koło mikrofali, ale ponieważ nie chciałam być jak hindusi, nie zabrałam jej ze sobą na lunch (do tej pory pluję sobie w brodę, bo jakieś złamasy znalazły i znowu nie pograłyśmy).
No ale i o samym lunchu warto wspomnieć, bo był niesamowity. Tak więc myśmy się z Moniką świetnie ustawiły, w końcu emigracja musi się wyszaleć, więc jemy na bogato. Przeważnie smażone (pieczone?) plasterki ziemniaków z majonezem (łohooooo!) Na początku był to przymus spowodowany dosyć ograniczonym wyborem, ale halo, w końcu wyrafinowanie i wrodzona niechęć do rozbijania się po knajpach dla bogaczy zwyciężyła. Kto bogatemu zabroni?
Poza pierdyliardem innych, mało, bardzo i średnio rzeczy (takich, jak oglądanie "I can do that" czy "Little British") spaliłyśmy (głównie ja) za dużo fajek, poobgadywałyśmy wiecznie-te-same mordy na balkonie, a wieczorem obejrzałyśmy film "101 Rejkjavik" (Jeśli nie widzieliście, wpiszcie to jako absolutny MUST!)
A teraz czas spać. W końcu lepiej się wyspać przed kolejnym, tak męczącym dniem w Fabryce Plotek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za SPAM dziękujemy.
Krytykę konstruktywną bardzo chętnie przyjmiemy (czytaj: foch i tupanie nogami), jeszcze chętniej miłe słowa.
A nalepiej kwiaty i czekoladki.