Budapeszt.
Miasto słynące z mostów, obrzydliwie tłustego mięsa, wszelkich chorób wenerycznych przywożonych jako pamiątki z podróży dla najbliższych. Miasto smogu, międzynarodowych bezdomnych, potrafiących przeklinać Cię w każdym języku, naprutych studentów. Piękna wizja.
Szkoda tylko, że nie wiedziałam o tym wcześniej.
Przestrzegał mnie ojciec, że to największy burdel Europy, no ale przecież nie zatrzyma mnie siłą. Tym bardziej, kiedy uciekam od kogoś.
Tak więc wylądowałam tu, w stolicy Węgier. Dwadzieścia trzy lata, przekonanie, że mogę wszystko i duma bijąca z piersi (przynajmniej przez pierwsze kilka godzin, dopóki nie zabłądziłam na trzy i pół godziny w środku największych ulew w tym roku...)
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Tak mi powiadali.
No to czekam....
Czekam,
czekam....
No I CO DO CHOLERY?
Chyba ktoś zapomniał dodać, że lepsze przyjdzie, ale nie jeśli Twoi rodzice chcieli Ci dać na imię Porażka, ale urzędnik nie wykazał się takim samym poczuciem humoru. Że będzie dobrze, pod warunkiem, że nie wybierzesz kraju, w którym nawet smacznego brzmi jak bełkot szaleńca, pod warunkiem, że nie dowiesz się, że Węgry są krajem samobójców (i, co gorsza, zaczniesz to doskonale rozumieć).
Tak więc zmagam się z tą codziennością piąty miesiąc, plując sobie w twarz za moją odwagę.
Ale, ale. Nie jestem sama. W końcu ciągnie swój do swego, a więc... tadaaaaaam, mam współlokatorkę. Tak, dziewczynę. Polkę. Tak samo pechową jak ja. No i warto jeszcze wspomnieć o Dolfim, czy może raczej już Dolfinie, czyli kocie - transseksualiście (operacja pozbawienia go resztek męskości kosztowała mnie 1/3 wypłaty, ale alternatywą było yghm,,,,,, fu, wybaczcie, ściskanie jego małego, kociego peniska, za każdym razem, kiedy będzie chciało mu się sikać).
Tak więc żyjemy sobie na 26 metrach, ja, Monika, Dolfina (powinnam napisać Dolfina, Monika, Dolfina, ja, Dolfina, gdyż większość przestrzeni wypełnia nasza kotka z odbiorem satelitarnym i jej nowe, kobiece ego - większe od mojego własnego, co zdaje się być niezłym osiągnięciem).
A okazuje się, że nieszczęście jest jak cygan w Budapeszcie - raz poświęcisz mu trochę uwagi i za każdym razem, kiedy przechodzisz zarówno on, jak i jego rodzina, przyjaciele a nawet pies z kulawą nogą będą prosić o papierosa/kilka forintów.
O taaak.
Pora umierać.
Albo przynajmniej iść spać. W końcu jutro kolejny dzień w robocie. Nie, żeby było cokolwiek do roboty (aktualnie prawda jest taka, że jedyne, co robimy to palimy, jemy, słuchamy nowych plotek, ewentualnie gramy w piłkarzyki, pod warunkiem, że dział testowania (ani żaden zachłanny Hindus) nie zabierze piłeczki...
Ale o tym innym razem...
Dobranoc!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za SPAM dziękujemy.
Krytykę konstruktywną bardzo chętnie przyjmiemy (czytaj: foch i tupanie nogami), jeszcze chętniej miłe słowa.
A nalepiej kwiaty i czekoladki.